poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 5




Dalia wróciła do domu po dziewiętnastej, zmęczona dniem poszła się wykąpać w nadziei, że to ją rozluźni i będzie mogła spokojnie przemyśleć natłok nowych informacji. Błękit Ognia całkowicie zdominował jej myśli, w których nie było już miejsca dla rzeczy takich, jak randka z Georgem, czy nowopoznany Johnny. Zanurzyła się w wannie wypełnionej gorącą wodą i dużą ilością piany pachnącej lawendą.
*
Po kąpieli wróciła do swojego pokoju. Ubrana w szlafrok i ciepłe, wełniane kapcie pozbierała ubrania z podłogi i łóżka, po czym posłała je na nowo. Po położeniu się zauważyła, że na regale na wprost coś się świeci. Gdy podeszła bliżej ujrzała lekko połyskujący notatnik od pani McLarren. Ujęła go w dłonie i usiadła na łóżku, otwierając w tym samym czasie klamrę na okładce notesu. Usłyszała huk, upuszczając trzymany w rękach przedmiot na ziemię. Notatnik upadł otwierając się i wypełniając na chwilę bordowo-czarną cieczą, która za chwilę znikła ukazując napis. Znów podniosła już suchy przedmiot i przeczytała, co było w nim napisane.
-Nowa Noma-John Trip
Z imienia i nazwiska spływały jeszcze bordowe krople, które po chwili znikały.
-Kto? Ale przecież on nie jest zalem.- Napisała za pomocą myśli marszcząc brwi.
-Jest wyjątkowo groźnym zalem, co sprawia, że jego przypadek jest trudniejszy. John jest łowcą hetlingów. Pod żadnym pozorem z nim nie rozmawiaj, zapewne jesteś jego kolejnym celem.
-Czekaj, jakim łowcą, o czym Ty mówisz?
-Są osoby, które uważają nas za morderców i ich zadaniem jest wyplenienie naszej rasy. Trip jest jednym z nich. Przeszedł specjalne szkolenia, uczące jak nas mamić i bezlitośnie mordować. To bestie, posądzają nas o nieludzkie zachowania względem zali, a sami urządzają mordy niewinnych hetlingów.
-Więc ludzie są w stanie nas zabijać?
-Nie, ludzie nie. Ale oni nie są ludźmi.
-Więc kim?
-To hetlingi, tyle że zbuntowane. Już nie zabijają zali, lecz zamieniają ich w nas. Wystarczy napić się naszej krwi, by stać się jednym z nas. Jak wampiry, tyle, że w realnym świecie.
-A można żywić się krwią jak wampiry z legend? To w ogóle realne?
-Jak najbardziej, nie jest nam co prawda potrzebna do przeżycia, ale możemy wybrać taki sposób żywienia. Wyostrzają nam się wtedy zmysły, a instynkt staje się silniejszy. Problem polega na tym, że jeśli się tego nadużywa można postradać rozum i żyć tylko dla nomy, stać się maszyną do zabijania.
-No to nieźle, a znasz kogoś takiego?
-Tak, mojego brata. Jest vamphetlingiem, tak nazywamy takie osoby.
-Współczuję. Czy muszę dokonać nowej nomy dzisiaj? Jestem strasznie zmęczona i nie chcę jej spieprzyć, a znając mnie pewnie tak się stanie.
-Im szybciej, tym lepiej. No cóż, nie zatrzymuję Cię dłużej, powodzenia i uważaj na siebie.

Notes wyrwał się z jej rąk i z prędkością światła poleciał na półkę głośno o nią uderzając. Dziewczyna dalej siedziała na łóżku. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego dzisiaj poznała tak naprawdę chciał jej śmierci.Teraz nawet latający dziennik jej nie dziwił, denerwowała ją tylko jej własna naiwność. Powinna się domyślić, że coś tu nie gra. Wciągnęła na siebie fioletowy sweter, ciemne jeansy i poszła na dół. Ubrała tam kurtkę i buty, po czym zawołała do cioci będącej teraz w kuchni:
-Muszę się przejść.
-Dobra, tylko weź telefon i nie wracaj za późno.
-OK…
Wzięła klucze z komody koło drzwi i wyszła. Była zdziwiona podejściem cioci  co do pomysłu wieczornego spaceru. Było po 21, a ona i tak jej pozwoliła. Gdy Dalia była młodsza cieszyło ją luźne podejście Becky do wychowywania dzieci. Po latach widziała jednak, że tu nie chodziło o luźne podejście, a o kompletny brak zainteresowania. Mimo, że bardzo lubiły się z Becky, nigdy nie czuła z jej strony rodzicielskiej miłości. Kobieta nie zachowywała się nawet jak matka, nigdy nie kontrolowała jej w żadnym aspekcie. Może i sprawia to wrażenie wolności, ale nie czuła się dobrze w takim układzie.
Od zawsze wiedziała, że nie jest córką Becky, dobrze znała historię od lat opowiadaną jej przez ciocię. Siedemnaście lat temu kobieta znalazła ją na cmentarzu, leżącą na nagrobku Astrid Koroniewski, czyli biologicznej matki Dalii. Daniel Koroniewski umówił się tam ze swoją byłą narzeczoną- Becky. Gdy ta przyszła w umówione miejsce nie zastała go, lecz jego dziecko i krótki liścik mówiący, żeby go nie szukała i zajęła się Dalią. Postanowiła więc to uczynić, chciała mieć choć część Daniela przy sobie, bo wiedziała, że nic jej po nim nie pozostanie. Dalia do końca swojego życia będzie wdzięczna Becky za to, że postanowiła ją przygarnąć, jednak nie czuła do niej niczego poza wdzięcznością. Nie potrafiła zdobyć się na uznanie jej za matkę, co z resztą nie przeszkadzało Becky. Kobieta po prostu nie nadawała się na matkę, mogła być co najwyżej starszą kumpelą, ciocią, ale z pewnością nie matką. Była tego świadoma w stu procentach. 
Dalia szła przede siebie nie zwracając uwagi na to, że nie znała celu swej podróży. Podążała zgodnie z intuicją. Po kilkunastu minutach marszu weszła na podwórko jakiejś małej kamienicy o zabudowie wielorodzinnej. Na jej szczęście w domu nie świeciły się światła, a na zewnątrz nie było żywego ducha. Podeszła więc bliżej drzwi wejściowych. Gdy była w połowie drogi z domu wyszła jakaś postać. Nie było widać, jakiej płci, ponieważ wokół panował mrok. Gdy tajemnicza postać zapaliła latarkę okazała się był Johnnym. Chłopak szedł prosto do niej. Dalia stanęła jak wryta nie wiedząc, czy uciekać, czy jakoś mu to wytłumaczyć. Była pewna, że z nomy nic już nie wyjdzie, zastanawiała się tylko, jak mu wyjaśnić skąd zna jego adres i co w ogóle tam robi. Podszedł, nie wyglądał na zdziwionego jej obecnością. Wręcz przeciwnie, wydawał się jej spodziwać. Gdy Dalia otworzyła usta, by zacząć się tłumaczyć wyciągnął z kieszeni fiolkę z jakimś płynem i prysnął nim w jej twarz. Bezwładna padła na ziemię.
*
Gdy ponownie otworzyła oczy zobaczyła błysk jasnego, rażącego światła, a potem znów ciemność. Przypięto ją kajdanami za kończyny w kształt litery „x”. Unosiła się mniej więcej pół metra nad ziemią. Bolały ją nadgarstki, bo wżynały się w nie kajdany, na których spoczywał ciężar całego jej ciała. Delikatne światło lampy naftowej rozbłysło w pokoju. Był mały i praktycznie pusty. Usłyszała za sobą kroki, ucichły tuż za nią, ktoś zbliżył twarz do jej głowy i wyszeptał do ucha:
-Po co tu jesteś? Chciałaś mnie odwiedzić?
-A jak myślisz? Uwolnij mnie, a pogadamy.-Odszepnęła z udawaną słodyczą w głosie.
-Mów, bo przestanę być taki sympatyczny.
-I co mi zrobisz?- Zapytała udając, że groźby nie robią na niej wrażenia. Kroki znów zadudniły w pomieszczeniu, które za chwilę na nowo spowił mrok.Nagle dziewczyna poczuła mocne uderzenie w brzuch, musiało być zadane czymś w rodzaju metalowego pręta. Dziewczyna nie zdążyła nawet krzyknąć, zgięła się na tyle, na ile pozwalało jej położenie kuląc przy tym plecy. Nastały kolejne ciosy, jeszcze mocniejsze i pełne wściekłości. Zdarła gardło wrzeszcząc z bólu, a z jej ust zaczęła wydobywać się krwawa ślina, .
-Co ty sobie wyobrażasz, przyszłaś mnie zabić a nawet nie chcesz powiedzieć kto cię przysłał?!- Wrzask przerwał bicie. Znała ten głos, to był Johnny.
-To nie ja ustalałam nomy, jeśli mnie wysłano to ty musiałeś sobie na to zasłużyć, a z resztą pierwszy dostałeś na mnie zlecenie, łowco…- Powiedziała słabym, ochrypłym głosem, po czym wypluła kolejną dawkę krwi.
-Prawda, jestem łowcą, ale moim zadaniem było przeciągnięcie cię na naszą, jedyną właściwą stronę..- Powiedział podnosząc jej twarz i wycierając ją ze krwi..- Przepraszam, że tak cie urządziłem, często tracę nad sobą kontrolę przez brak krwi.
-Wal się...- Powiedziała przekręcając głowę, by wydostać ją z uścisku oprawcy. W jej głosie nie było słychać niczego poza zmęczeniem i irytacją.- Jakiej krwi? Jesteś vamphetlingiem?
-Tak, jestem.
-Cudownie, a powiedz mi jeszcze, będę tu wisieć wiecznie, czy jednak zdecydujesz się mnie rozkuć?
-Mogę co najwyżej skuć cię w bardziej komfortowej pozycji.- Odpowiedział kpiąco.
-I zapal to pieprzone światło- Powiedziała. Miała nadzieję, że jeśli Johnny ją rozkuje zdąży jakoś uciec, a może nawet dokonać nomy. Chłopak podszedł do lampy i znów ją zapalił, a później wracając postawił za nią krzesło i odpiął kajdanki u nóg i rąk.
-Usiądź, i tak nie masz gdzie uciec.- Powiedział stając na przeciwko jej. Rozejrzała się po pokoju jeszcze raz. Miała rację, to metalowy pręt posłużył mu za narzędzie tortur, leżał koło jego nogi.
Nagle na korytarzu rozległ się huk. Usłyszeli, że ktoś zbliża się do pokoju w którym właśnie byli.

Czytasz=komentujesz c;

1 komentarz: